Sprawdź miejsca, gdzie kręcono filmy

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Stanisław Tym

Filmowe miejsca: Murzynowo, Toruń, Warszawa, klasztor na Wigrach
Opowiada Stanisław Tym, satyryk, aktor i reżyser filmowy:

„Rejs” w scenach na wodzie był kręcony w okolicach Murzynowa, bo podobno tam właśnie jest najwyższy poziom wody na Wiśle.
- Najwyższy poziom wody na Wiśle jest na Baraniej Górze (1220 m n.p.m.). A w Murzynowie statek był zacumowany. Nie z powodu zdjęć, tylko dlatego, że trzeba było wysłać taśmy do wywołania i sprawdzenia, czy są w porządku pod względem technicznym. Właśnie w Murzynowie zdarzyła się pewna sytuacja – ale nie filmowa, tylko towarzyska. Nasz statek był przywiązany grubą stalową liną do jakiegoś drzewa, żeby nie odpłynął. Ktoś wpadł na pomysł, by dostać się na brzeg właśnie po owej linie, wieszając się na niej na rękach i przesuwając w kierunku lądu. Z zazdrością patrzył na te próby grający poetę Lech Kowalewski, który miał powszechnie używany pseudonim „Missisipi”. Jerzy Karaszkiewicz zauważył tęskny wzrok Missisipiego i zaczął go namawiać: Spróbuj, zacznij iść, a ja ci będę mówił, co masz robić, żebyś doszedł. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że taka próba musi się skończyć kąpielą delikwenta, ale Missisipi nie wyczuł podstępu. Żwawo ruszył, wisząc na linie i – o dziwo – może by nawet dobrnął do brzegu, ale Karaś widząc to zawołał: – Zatrzymaj się i odpocznij! – Dojdę – odparł Missisipi. – Odpocznij, bo nie dasz rady, słyszysz!
Missisipi usłuchał, więc wisiał w miejscu na rękach, przez co jeszcze bardziej się męczył. Wtedy Karaszkiewicz: „Może jednak lepiej się wycofaj, odpoczniesz na pokładzie, wiesz już jak jest, więc za chwileczkę spróbujesz jeszcze raz. Missisipi trochę protestował, ale zaczął się wycofywać. Był już metr od statku, gdy Karaś powiedział: „E, nie…świetnie ci idzie, jednak możesz iść do brzegu”. I tak w końcu skołował tego biednego Missisipiego, że ten, wisząc na środku liny nad wodą, powiedział: „K…a! Nie dam rady, puszczam się”. Na co Kraszkiewicz krzyknął: „Zabraniam ci kategorycznie”. Ryknęliśmy śmiechem, a Missisipi jednak się puścił. Od tej pory, ogłoszone przez nas zostało, że w Murzynowie Missisipi wpada do Wisły.

A gdzie nagrywano sceny, gdy Pan z Jerzym Dobrowolskim usiłujecie podstępem dostać się na statek?
- To był Bulwar Filadelfijski w Toruniu. Miasto już trochę znałem. Film kręciliśmy w 1970 roku, a ja już 10 lat wcześniej zjechałem całą Polskę autostopem, który wtedy był bardzo modny. Wycieczka nad morze i z powrotem to dla mnie było półtora dnia. Dwa razy spałem wtedy w Toruniu – raz na przedmieściach w stogu siana, a drugi raz właśnie gdzieś w okolicach Bulwaru Filadelfijskiego na jakiejś krypie na wodzie.

I właśnie w Toruniu przy Bulwarze Filadelfijskim, o ile pamiętam, działy się jedyne lądowe sekwencje w filmie…
- Była jeszcze scena kręcona na bagnach, przez które maszerowali wszyscy uczestnicy balu, ale nie weszła do filmu.

Pamiętam również sekwencję blisko lądu, ale nie na statku tylko w wodzie…
- Kiedy wchodzimy w wodę zanurzając się w końcu z głowami? Tak, rzeczywiście była, ale zupełnie nie pamiętam, gdzie to było kręcone.

Czy statek, który zagrał w filmie to był zwykły rejsowy statek, czy specjalnie zbudowana dekoracja?
- Zwykły rejsowy statek. Żadnych dobudówek dekoracji nie było. Wszystko – autentyk.

Byliście Państwo zakwaterowani na tym statku?
- Tak i spaliśmy w tych małych kabinkach.

Czy była zbieżność miejsca ze słynną „drogą na Ostrołękę”? Rzeczywiście było ją widać?
- Nie mogło być. Płynęliśmy Wisłą. Ostrołęka była od nas daleko na wschód.

A czy pamięta Pan może sceny z „Rejsu”, które zostały później wycięte przez cenzurę?
- Nakręciliśmy kilkanaście kilometrów taśm. Dużo było scen gimnastyki, moich rozmów z Dobrowolskim, jakieś sceny kłótni, moje ucieczki… Tego wszystkiego nie było potem w filmie, ale w tym przypadku raczej nie chodziło o cenzurę. Po prostu sceny te się nie montowały. Natomiast co do ironicznej wymowy „Rejsu” nie było żadnych wątpliwości. Władze wiedziały, że film jest przeciwko socjalizmowi i że godzi w sojusze. Na spotkaniach z kolektywami robotniczymi film atakowano, ile wlezie. Kolaudacja też była jednym wielkim atakiem na Piwowskiego i zespół…

No, ale przecież film w końcu dopuszczono do dystrybucji…
- Bo gdyby go nie puszczono, to radio „Wolna Europa” znowu by triumfowało, że kolejny film został przez reżim położony na półkę. „Rejs” został dopuszczony do eksploatacji, ale jedynie w dwóch kopiach i tylko do wyświetlania w dyskusyjnych klubach filmowych.

A jak Pan wspomina plenery innego kultowego już filmu, czyli „Misia”? Interesuje mnie zwłaszcza warszawska Praga i kręcona tam scena z węglarzami?
- To było przy pomniku Czterech Śpiących, niedaleko praskiej cerkwi. Musieliśmy się kierować możliwością dopuszczenia furmanki z węglem do ruchu po ulicach, bo nie w każdym miejscu to było dozwolone. Na Pradze w określonych godzinach dopuszczano jeszcze do ruchu transport konny.

Furmanka była wypożyczona?
- Oczywiście. Nikt z nas przecież nie miał na własność składu z węglem i konnego transportu.

Czy był Pan może w środku wspomnianej cerkwi św. Marii Magdaleny? Podobno pochodzi z XIX wieku. Z zewnątrz jest bardzo okazała.
- W środku również wygląda okazale. Są tam bardzo pięknie odprawiane nabożeństwa prawosławne z dużą liczbą wiernych. Byłem na takim nabożeństwie kilka razy, bo uczestniczyłem w różnych ceremoniach – ślubach, chrzcinach. Wspaniały nastrój, wszystko bogato wystrojone ikonami, a przede wszystkim cudowne chóralne polifoniczne śpiewy, które nam Polakom – katolikom mogą się tylko marzyć.

Czy zdarza się Panu teraz bywać w tamtych okolicach na Pradze Północ? Tam się dużo zmieniło.
- Tak zauważyłem to, że się zmienia. Cały świat się zmienia, więc Praga też. Nietrudno zauważyć, że stała się modną dzielnicą. Powstają tam pracownie malarskie, architektoniczne, rzeźbiarskie, stare fabryki zamieniają się w teatry. Platformy z węglem już nie widać.

Jednak pomimo zmian są tam jeszcze zakątki w dawnym stylu.
- Tak, oczywiście. Praga ocalała w czasie drugiej wojny światowej, stąd wiele tam już dziś zabytków. Znam dobrze tę dzielnicę jeszcze z czasów, kiedy pracowałem w zakładach Wedla dziesięć lat po wojnie. Nazywały się wtedy „22 Lipca”.

Chciałabym Pana jeszcze zapytać o plenery „Rysia” a konkretnie o klasztor na Wigrach i Suwalszczyznę.
- Na Suwalszczyźnie mieszkam od lat, więc dużo mogę o niej opowiadać. W samych Suwałkach jest budownictwo stare – jeszcze zdarzają się drewniane chaty – oraz nowe, w części południowej miasta – powiedziałbym pseudokolonialne, z balustradkami na werandach… A Suwałki północne to taki gomułkowsko-gierkowski PRL. Ale dużo się zmienia, remontuje, buduje nowe. Warto przyjechać i zobaczyć. Choć są i takie podwórka, że nawet ksiądz podobno boi się tam chodzić.

Czy wybrał Pan do „Rysia” plenery na Suwalszczyźnie z zamiłowania do tego regionu?
- Nie, to wynikało ze scenariusza, który sam napisałem. To znaczy, chciałem „Rysiem” zakończyć przygody Ochódzkiego, z tą myślą go robiłem. Jeśli się puści na ekranie kolejno „Rejs”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, „Misia” i „Rozmowy kontrolowane”, to „Ryś” stanowi piątą część tej składanki, bo są w nim odniesienia do każdego z tych filmów. W „Rozmowach kontrolowanych” znalazła się Suwalszczyzna, gdzie mieszkam czwartą dziesiątkę lat, więc pokazałem ją i w „Rysiu”. To piękny kawałek krajobrazu, nad Wigrami są najpiękniejsze tęcze w Polsce.

W filmie zagrał wiadukt w Stańczykach, dlaczego właśnie ten?
- Bo innego tam nie ma. To zabytek i to jaki! Kiedyś jeździły po nim pociągi, bo to był prawdziwy wiadukt kolejowy. Dokładnej historii tego miejsca Pani nie opowiadam, bo można ją znaleźć w każdym przewodniku.

A klasztor na Wigrach? Tam też dzieje się akcja „Rysia”.
- To dawny klasztor Kamedułów, który powstał za panowania Jana Kazimierza. Do tego przyklasztorne eremy zakonników, dzwonnica, budynki gospodarcze, kamienna fosa od strony jeziora. A wszystko uhonorowane kilkudniowym pobytem Jana Pawła II. Rarytas na skalę światową.

Czy ma Pan na Suwalszczyźnie jakieś swoje ulubione miejsce?
- Mój dom na wsi.

To duża wieś?
- Cztery dymy. Leży w Wigierskim Parku Narodowym.

A jakieś inne miejsce?
- A po co będę się ruszał z domu, skoro mam tak pięknie?

Czy pamięta Pan „Uprowadzenie Agaty”? Gdzie był kręcony film?
- Nie mam pojęcia. Piwowski będzie wiedział. Mogę pani natomiast powiedzieć, że w filmie Andrzeja Wajdy „Smuga cienia” według Conrada sceny rozgrywające się w tropikalnej Indonezji były kręcone właśnie na tyle razy przez nas wymienionej Pradze. Tak! Na Targowej! Pamiętam, bo brałem udział w tym filmie w rólce holenderskiego kupca, niejakiego Jacobusa.

A gdzie były kręcone „Rozmowy kontrolowane”?
- Mówiłem już o Suwalszczyźnie, a poza tym w Warszawie i okolicach. W jednej z ostatnich scen filmu z okna domu wychylał się w podkoszulku oficer wojska polskiego. To był dom, w którym mieszkałem od 1946 roku i ten sam pasaż między Chmielną a Górskiego, gdzie w 1960 r. Wajda kręcił sceny „Niewinnych czarodziejów”.

Czy ma Pan w Warszawie swoje ukochane miejsce?
- Zastanawiam się, a to znaczy, że chyba nie mam. Ja Warszawę widziałem jeszcze przedwojenną. Całe powstanie spędziłem w Warszawie. Gdy w 1945 r. do niej wróciłem, zobaczyłem same gruzy. To było szokujące, zwłaszcza dla dziecka. A miejsce, które jest mi szczególnie bliskie i wspominam je z sentymentem to chyba Powiśle. Szkoła na Powiślu przy ulicy Drewnianej, do której chodziłem od 1946 do 1953 roku. Tam jako 15-latek zdałem maturę.

Czy ma Pan może ulubione „filmowe” miejsca w Polsce?
- Właściwie mam trzy swoje ulubione miejsca: Warszawę, Suwalszczyznę i Małkinię. A teraz powiem dlaczego. W Warszawie spędziłem prawie 40 lat swojego życia. Tu na Rynku Starego Miasta w 1959 r. wziąłem udział w moim pierwszym filmie „Cafe pod Minogą” w reżyserii Bronisława Broka i według scenariusza Stefana „Wiecha” Wiecheckiego, autora dowcipnych opowiadań i felietonów o stolicy. Suwalszczyzna – no to wiadomo dlaczego. A Małkinia dlatego, że jeszcze nigdy nie kręciłem tam filmu.

Rozmawiała: Izabella Jarska